ddd

Widziałem ostatnio tysiące koni hasających po kopalnianym wyrobisku kopalni węgla brunatnego. Widok był niesamowity, bo to chyba największa dziura w ziemi w tej części świata, a i krajobraz iście księżycowy…

Kiedy ktoś rozpoczyna swoją opowieść od takich słów można podejrzewać, że jest to tester dopalaczy, albo koneser wyrobów spirytusowych, ale w rzeczywistości jest jednak inaczej.   Te konie bowiem, to konie mechaniczne określającą moc siedmiuset silników motocykli crossowych szalejących po torze wytyczonym specjalnie na tę okazję na terenach kopalni odkrywkowej węgla brunatnego w Kleszczowie niedaleko Bełchatowa. Jeśli połączylibyśmy moce wspomnianych silników i „ power” ich kierowców to trzeba by już to wszystko zacząć liczyć w MEGAWATACH.

Red Bull 111 MEGAWATT,  tak brzmi nazwa imprezy, która rozegrana została w Polsce już po raz drugi. Największą gwiazdą i jednocześnie ojcem chrzestnym tej imprezy jest niekoronowany, ale też bezapelacyjny król światowego SUPER ENDURO, czy też EXTREME ENDURO Tadeusz Błażusiak znany na całym świecie jako „Taddy”.

Rok temu nie zawiódł swoich fanów i wygrał, ale w tym sezonie mimo że był obecny na kopalnianych hałdach to jednak nawet nie wsiadł na motocykl. Co gorsze, tak jest już od kilku miesięcy. Taddy’ego dopadła tajemnicza choroba Epstein-Barr Virus (EBV). Tu odsyłam do wszystkowiedzącego Internetu, bo przypadłość tę tak samo trudno jest zdefiniować czy też wytłumaczyć, jak i wyleczyć.

Miło przynajmniej, że Taddy przyjechał i  spotkał się ze swoimi kibicami, którzy przybyli z całej Polski i nie tylko.  Jego popularność jest ogromna, więc był po prostu rozchwytywany przez kibiców. Trudno się temu dziwić, gdyż pięciokrotny Mistrz Świata w SUPER ENDURO na co dzień nie mieszka w Polsce tylko w USA i Andorze, więc kiedy już się u Nas pojawia wtedy….

Ja też miałem tysiąc pytań do Tadka, bo znamy się od czasu, kiedy stawiał pierwsze kroki w TRIALU na arenie międzynarodowej, ale skończyło się na krótkiej rozmowie bardziej dotyczącej zdrowia i najbliższej przyszłości. Prawdę mówiąc spodziewałem się że tak będzie, więc bardziej się skupiłem na tym, żeby pogadać tym razem z niedawną jeszcze gwiazdą światowego ENDURO, a jednocześnie dyrektorem sportowym i twórcą trasy zawodów MEGAWATT Bartkiem Obłuckim.

Jeszcze nie tak dawno, bo w 2010 roku Bartek śmigał na Sześciodniówce w Meksyku, a w następnym roku wywalczył tytuł vice-mistrza Australii. Od kilku lat jednak postanowił się ostro wziąć za pracę wraz ze swoim ojcem Jackiem w firmie TIXEWASH której są przedstawicielem w Polsce. Oczywiście Jacek to także były zawodnik MotoCross i Enduro a jego syn jak sam mówi to spełniony zawodnik i aktywny biznesmen. Jest to fajny duet, Jacek zawsze wspierał jak mógł swojego syna, a kiedy jego kariera dobiegła końca podjął z nim współpracę zawodową. Nie jest to częste zjawisko.

Wróćmy jednak do Red Bull MEGAWATT. Bartek spędził jak mi opowiedział 12  dni na wytyczaniu trasy. Tyle tylko, że taki jeden dzień, to wyjeżdżone trzy zbiorniki paliwa jego motocykla, więc jak widać było co robić. Te zawody, to zupełnie co innego niż większość podobnych rozgrywanych w Europie. Bartek wie co zawodnicy lubią najbardziej, otóż lubią jeździć. Skupił się głównie na tym żeby jeździli, a nie szarpali się z motocyklem, nosząc go więcej na plecach niż na nim jeździli. Organizatorzy prześcigają się w maksymalnym utrudnianiu tras i wymyślaniu nieprzejezdnych i często niebezpiecznych przeszkód. Dochodzi do tego, że żeby dojechać do mety w Erzberg Rodeo trzeba się grupować we współpracujące ze sobą teamy, a potem dzielić się zwycięstwem.

Większość zawodów to jazda po niezwykle trudnej trasie przy uwzględnieniu limitów czasowych. Oznacza to, ze słabsi zawodnicy mogą nawet nie zobaczyć jak wygląda połowa trasy, bo nigdy tam nie dotrą.

MEGAWATT to ponad 21-kilometrowa pętla po której się jeździło trzykrotnie. Trasa była trudna i wymagająca, ale co ważne przejezdna. Spory problem stanowili dla czołówki zawodnicy dublowani, ale Bartek Obłucki tak przygotował przejazd żeby ci lepsi mieli praktycznie w każdym miejscu szansę na wyprzedzenie wolniejszych zawodników, tyle że musieli skorzystać z trudniejszego podjazdu, trawersu, czy zjazdu i to się zawodnikom, tym najlepszym zdecydowanie podobało.

Najlepszy zawodnik, Brytyjczyk Jonny Walker pokonał trzy okrążenia w czasie 1godz 41min. Najlepszy Polak to Łukasz Kurowski, szósty. Jego czas 1godz 47min.                                             W  zawodach sklasyfikowano 274 zawodników, którzy zmieścili się w limicie czasowym 4 godzin.  Do finału ruszyło 500 zawodników, a kwalifikacjach udział wzięło 700.

Przygotowaniem takich zawodów zajmuje się oczywiście sztab ludzi i jak powiedział mi Bartek Obłucki najtrudniejsze jak zwykle, a może jak zwykle w Polsce, było dogadanie się z zarządem kopalni, czyli z ludźmi, ale i to się udało.

Jest jeszcze kilka fajnych elementów w takiej rywalizacji. Chociażby to, że na dobra sprawę każdy może podjąć rękawicę rzuconą przez Tadka Błażusiaka i zgłosić się do zawodów, a potem będzie mógł mówić, że ścigał się z najlepszymi na świecie i będzie to prawda. Może nawet uda mu się cyknąć selfie z Walkerem czy Błażusiakiem…

Inna ciekawa sprawa to widowiskowość toru. Nie przypominam sobie, żeby gdziekolwiek było tak, że w zawodach EXTREME ENDURO kibic mógłby widzieć prawie cały tor. Z dobrą lornetką jest naprawdę fajnie. W osławionych zawodach Erzberg kibice widzą start i początkowy podjazd, a potem mogą już iść na piwo, albo jakimś cudem dotrzeć jeszcze do jakiegoś ciekawego fragmentu trasy. Podobnie jest w innych tego typu zawodach.

Cieszmy się więc z tego co mamy, bo mamy w Kleszczowie widowisko na światowym poziomie, a nazwiska takie jak Błażusiak, czy Obłucki przyciągają najlepszych zawodników naszego globu, a ci po raz kolejny przyciągają dziesiątki tysięcy kibiców na węglowe wyrobisko.

Już od teraz czekam na następne MEGAWATY…..

Z węglowo-brunatnym pozdrowieniem

Sławek S.